Reklama
 
Reklama
 

O eutanazji w kinie
Wpisany przez Anna Robak   
sobota, 24 marca 2012 20:41

"Trzeba umrzeć dumnie, skoro żyć dumnie już dłużej nie można” F. Nietzsche. Określenie „eutanazja” pochodzi z języka greckiego, gdzie eu oznacza dobry, łagodny, a thanatos – śmierć. Jest to powodowane współczuciem, przyspieszenie lub niezapobieganie śmierci chorego człowieka, zwykle na jego życzenie. W języku angielskim obok słowa euthanasia, będącego odpowiednikiem polskiego „eutanazja”, używa się drugiego terminu: mercy killing, które oznacza „zabójstwo z litości”.

 

Dobre umieranie

Do języka nowożytnego określenie to wprowadził angielski filozof Francis Bacon w 1605 roku pisząc o eutanazji czynnej jako humanitarnym obowiązku lekarza. W „Utopii” Tomasza More`a osoby cierpiące na nieuleczalne choroby powodujące cierpienia fizyczne, uśmiercane były przez uśpienie środkami neutralizującymi ból, aby ich śmierć była godna i spokojna.  Christian Barnard, wybitny współczesny kardiolog, definiuje eutanazję jako „nie tyle jako dobrą śmierć, ile jako dobre umieranie właśnie”.

„Opinia publiczna dotycząca kwestii eutanazji kształtowana jest w dużej mierze poprzez media (…) Problematyka eutanazji pojawia się często w masowych mediach w różnym kontekście; w telewizji i prasie, oprócz aktualności, przedstawiane są dyskusje i polemiki dotyczące etycznego wymiaru tej kwestii”. Odnoszę wrażenie, że filmy poruszające tematykę eutanazji, ograniczyły się do dwóch sposobów jej ekranizowania. Kinowi bohaterowie uwięzieni w swych bezwładnych ciałach zdają się mieć tylko dwa wyjścia: mogą albo skorzystać (zwykle nielegalnie) z „dobrodziejstwa” eutanazji i „godnie umrzeć”, albo zyskać sławę dzięki swojej twórczości i w ten sposób „godnie żyć”.

Johny poszedł na wojnę

„Johnny poszedł na wojnę” („Johnny Got His Gun”) jest obok niezapomnianego „Łowcy Jeleni” Michaela Cimino najważniejszym skandalizującym obrazem lat siedemdziesiątych. To także jeden z pierwszych filmów poruszających problem eutanazji. Dalton Trumbo, reżyser i scenarzysta, a także autor książki, której film jest adaptacją, opowiada nam historię chłopca, który w myśl wpajanych mu przez ojca przekonań o konieczności walki za kraj, zaciąga się do wojska aby bronić idei, których sam do końca nie rozumie. Wybuch bomby pozbawia go rąk, nóg oraz twarzy, co skutkuje także utratą wzroku, słuchu i węchu. W zmasakrowanym ciele nadal funkcjonuje jednak mózg. Nietrafnie zdiagnozowany przez lekarzy jako „warzywo”, próbuje porozumieć się z otoczeniem za pomocą alfabetu Morse'a. Gdy wreszcie mu się to udaje, „Zabijcie mnie” to jedyne co nieprzerwanie powtarza.

Za wszelką cenę i w stronę morza

W walce kontrolę nad swoim ciałem traci także Maggie Fitzgerald z „Za wszelką cenę” („Million Dollar Baby”) Clinta Eastwooda. Nie jest to jednak walka w okopach, a na ringu bokserskim. Zawzięta, pragnąca spełnić swój American Dream dziewczyna, pod okiem znanego trenera Frankie Dunna (Clint Eastwood), zaczyna odnosić znaczące sukcesy w kobiecym boksie zawodowym. Niestety, podczas walki o mistrzostwo dochodzi do tragicznego wypadku, w wyniku którego Maggie doznaje paraliżu czterokończynowego. Gdy spędzający każdy dzień przy łóżku dziewczyny Frankie, zostaje przez nią poproszony o pomoc w eutanazji, na początku wcale nie chce o tym słyszeć. Jednak silne uczucie jakim darzy swoją zawodniczkę, a także świadomość ulgi jaką jej przyniesie, sprawiają, że którejś nocy zakrada się do szpitala i wstrzykuje jej zabójczą dawkę adrenaliny.

Dużo dłużej niż Maggie Fitzgerald, bo ponad dwadzieścia osiem lat czekał na zakończenie swojego życia Ramòn Gonzales, postać autentyczna, a jednocześnie bohater „W stronę morza” („Mar adentro”) Alejandro Amenábara. Tyle czasu zajęła mu sądowa walka o zezwolenie na eutanazję, na którą nie godziło się hiszpańskie prawo. W marzeniach sparaliżowany Ramòn porusza się w stronę pobliskiego wybrzeża, ku morzu, którego zapach wyczuwalny jest w jego pokoju. Ku morzu, które przed laty dawało mu nieograniczoną wolność i które to właśnie – paradoksalnie –  mu ją odebrało.

Najważniejszą zaletą tego pięknego filmu jest pokazanie, że ludzie pragnący swojej śmierci nie muszą być pogrążonymi w głębokiej depresji malkontentami. Ramòn kocha swoją rodzinę, kobiety, wiersze…, ale – w wyniku racjonalnego i przemyślanego wyboru –  postanawia umrzeć. Nie pragnie dowieść wszystkim, że jego życie jest pozbawione sensu – próbuje jedynie pogodzić otoczenie ze swoją decyzją. Ta historia jest historią każdego z nas, bo wszyscy mamy marzenia i lęki, i wszyscy chcemy przeżyć swoje życie po swojemu, dokonując własnych wyborów.

Pomimo wielkiej empatii dla bohatera, który przy pełnej sprawności umysłowej jest całkowicie uzależniony od osób trzecich i tym samym pozbawiony jakiejkolwiek intymności, zdumiewa jego upór i obojętność wobec uczuć bliskich, których decyduje się opuścić. Zastanawia nie tyle sam fakt eutanazji, co osobliwe pojmowanie przez Ramòna miłości, która ma spełniać jego wolę i do końca szanować jego wolność. Bohater nie potrafi jednak dostrzec tego prawa u innych… Tak jakby paraliż ciała oznaczał także paraliż psychiki i ducha.

Inwazja barbarzyńców

„Inwazja barbarzyńców” (Les Invasions barbares) Denysa Arcanda, reklamowana przez niektórych jako „film o umieraniu”, jest w rzeczywistości filmem o życiu. Jego bohater, śmiertelnie chory Remy, z pewnością zaprzyjaźniłby się z Ramònem Gonzalo, z którym wiąże go hedonizm, umiłowanie literatury i kobiet.

Przy łóżku Remy`ego zjawia się cała galeria barwnych postaci, którymi otaczał się podczas swojego bujnego i interesującego życia. Jest tu była żona, kochanki, kolega homoseksualista, a także zwaśniony z nim syn Sebastian, który postanawia zadbać o „przyjemną śmierć” dla ojca. Sprowadza zatem najlepsze wina, równie dobre jadła i zabiera go do domu nad jeziorem, gdzie Remy może toczyć z przyjaciółmi intelektualne spory na temat miłości, przyjaźni, seksu i religii. By ulżyć cierpieniu rodzica, Sebastian prosi o pomoc narkomankę Nathalie, która regularnie dostarcza mu marihuanę tłumiącą bóle nowotworowe, a w finale, gdy umierający Remy czuje się już gotowy, by odejść, podaje mu heroinowy „złoty strzał”. Obraz ten oswajając umieranie, oswaja także eutanazję. W sposób niezwykle sugestywny pokazuje piękną, spokojną śmierć, nad którą kontrolę przejął sam człowiek.

Motyl i skafander

„Motyl i skafander” (Le Scaphandre et le papillon) Juliana Schnabela nie jest filmem traktującym stricte o eutanazji, jednak dla poparcia mojej tezy zdecydowanie warto o nim wspomnieć. Scenariusz oparty na książce podyktowanej jedną powieką umożliwił ukazanie światu historii niezwykłej.
Jean-Dominique Bauby, czterdziestopięcioletni redaktor naczelny magazynu „Elle”, pewnego popołudnia 1995 roku traci bezpowrotnie wszystko, czym dopiero zaczynał się cieszyć: nie przytuli już swoich ukochanych dzieci, nie pocałuje pięknej kochanki, nie naciśnie na gaz swojego wymarzonego samochodu.  W wyniku paraliżu zdrowe pozostało tylko lewe oko. Podobnie jak bohater „Johny Got His Gun”, Bauby odnajduje sposób porozumienia z pielęgniarkami, wreszcie z sekretarką, która utrwalając jego myśli na papierze, pomaga mu udowodnić wszystkim, którzy ocenili go jako „warzywo”, że intelektualnie funkcjonuje tak samo, jak przed wypadkiem.

Ten wybitny film, w dużej mierze dzięki autorowi zdjęć Januszowi Kamińskiemu, nie dostarcza nam banalnej czułostkowości i emocji na tacy. Maltretuje nas raczej uporczywie powtarzanymi, realistycznie ukazywanymi czynnościami rehabilitacyjnymi. „Sucha relacja z wnętrza bezwładnego ciała Jean-Dominque'a Bauby'ego dociera do nas wraz z kolejnym mrugnięciem, ciężkim oddechem oraz narracyjnie wypowiadaną myślą bohatera”. Zaskakują sceny, w których dowiadujemy się, że bohater nawet w wyniku tragedii nie utracił niektórych cech swojego charakteru, np. moment, kiedy Bauby bezwstydnie wpatruje się w dekolty krzątających się przy nim kobiet. Dzięki takim kadrom dostrzegamy w bohaterze silnego psychicznie człowieka, samemu stając się ludźmi bardziej dotkniętymi jego kalectwem niż on sam.

Moja lewa stopa

Podobny efekt wywołuje seans „Mojej lewej stopy” („My Left Foot: The Story of Christy Brown”) – filmu, który dzieli od „Motyla i skafander” ponad ćwierćwiecze, ale łączy bardzo wiele. Oba dzieła są obrazami biograficznymi niestrudzonych mężczyzn, którzy dzięki sprawnym częściom swoich bezwładnych ciał (Jean-Dominque Bauby – lewe oko, Christy Brown – lewa stopa) oraz tytanicznej pracy, przezwyciężają kalectwo zdobywając sławę i uznanie na całym świecie (Bauby – książka, Brown – obrazy i wiersze).

Od czasu premiery „Johny Got His Gun”, sposób przedstawiania problemu eutanazji w filmie uległ znacznym zmianom. Sceny niemych krzyków rozpaczy, niemocy bohatera, która wręcz maltretuje widza, zostały zastąpione obrazami „godnego życia” lub „godnej śmierci”, nieprowokującymi specjalnie do podważenia racjonalności ich wyboru.

Moralne znaczenie eutanazji jest sprawą indywidualnej etyki i subiektywnej wrażliwości. Dlatego dyskusja na jej temat – także w kinie – prawdopodobnie nigdy nie ucichnie.

 

Komentarze  

 
#1 2012-03-26 22:26
klasa wyższa!
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież